Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 938 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Dziewczyna z tatuażem

poniedziałek, 21 maja 2012 19:56

 

 

     Lato zapowiadało się jak marzenie. Rafał dostał proste zlecenie, tyle że na drugim końcu kraju. Słodkie lenistwo, żadnej sprawy na tapecie, rozłożony na balkonie materac, oranżadka z prądem, parasolką i słomką w kształcie słonia. I naprawdę można by było uznać to za idyllę, gdyby nie pieprzony remont na klatce schodowej. Kilku upaćkanych farbą facetów, klnących tak, że uszy więdną kręci się w tę i nazad. Już pierwszego dnia nie mogli zapamiętać kodu do domofonu, więc gdzie dzwonili? Do ostatniego mieszkania na ostatnim piętrze! Już miałam wyłączyć ten przeklęty domofon, kiedy odgłosy awantury na klatce schodowej, sprawiły że otworzyłam drzwi z zamiarem definitywnego pogonienia cholernych fachowców!

     Na schodach gburowato wyglądający mężczyzna wrzeszczał na malarzy, w niewybrednych słowach, grożąc zwolnieniem, jeśli powtórzą się skargi lokatorów. Próbowali się jakoś tam tłumaczyć, ale całe towarzystwo zamilkło na mój widok jakby ujrzeli coś zgoła nadzwyczajnego. No istotnie, miałam na sobie tylko bikini – prezent od Rafała, w którym stanowczo zabronił mi się kąpać bez niego. Nietrudno było się domyślić jego intencji… Ale opalać mi się nie zabronił.

     Gbur opanował się pierwszy i wyjaśnił, że jest właścicielem firmy remontowej, nie może sobie pozwolić na skargi do administracji osiedla, bo straci zlecenia. Dodał, że tym tutaj poleci po premii, a w razie kolejnych nieprzyjemności wymieni załogę. Zerknęłam ponad jego ramieniem na czterech chłopaków, nawet nie byłam do końca pewna, czy pełnoletnich, których wzrok sugerował wyraźnie, że to mnie posądzają o wywołanie całej afery. No tak, zmyłam im głowę za domofon, a po kolejnym terkocie ustrojstwa zadzwoniłam do administracji. Do głowy mi nie przyszło, że takie będą konsekwencje. A domofonu mógł w końcu użyć byle roznosiciel ulotek…

     Blondynek o całkiem miłej aparycji popatrzył na mnie z niemą prośbą, jego kumple wbili zrezygnowane spojrzenia w czubki swoich butów. Wiadomo, co myśleli – zaraz ich tak obsmaruję, że lato przyjdzie im spędzić na kursowaniu po zasiłek do pośredniaka. O ile im przysługiwał.

     − Panie, pan więcej hałasu od nich robisz! – warknęłam. – Porządne chłopaki, pomogli mi starą szafkę wynieść na śmietnik i pytali, czy nie będą przeszkadzać jeśli trochę popukają w ścianę.

     − Ale lokatorzy…

     − Tu pode mną mieszka taka jedna, co na wszystkich donosi! Kiedyś wysmarowała pismo, że mój żółw tupie w podłogę i ona spać nie może! – Parłam do przodu, żeby odrobić głupotę.      – A inni lokatorzy są bardzo zadowoleni. Miałam nawet polecić brygadę znajomemu z Ratusza, ale jeśli pan się ich pozbędzie…

     Gbur chrząknął, zmierzył mnie śliskim spojrzeniem, ale wzmianka o znajomym z Ratusza zrobiła swoje. Nie, nie, oczywiście, on rozumie, chłopaki pracują dalej i podniesie im stawkę. To zwykłe nieporozumienie, najważniejsze, że się wyjaśniło. Zrobił ruch, jakby pragnął pocałować mnie w rękę, cofnęłam się prędko za próg, mrugnęłam nieznacznie do chłopaków i zatrzasnęłam drzwi.

     No Elka, akcja na medal! W dodatku było pewne, że od tej chwili moi nowi znajomi dołożą starań, by remont jak najmniej uprzykrzał mi życie. Wilk syty i owca cała – zachichotałam na myśl o swojej pokrętnej naturze. Nie ma to, jak spełnić dobry uczynek.

     Na balkonie zapaliłam papierosa i z westchnieniem ułożyłam się na materacu. Słoneczko grzało, sączyłam leniwie drinka, całkiem z siebie zadowolona…

     − Proszę pani…

     Rozejrzałam się zdezorientowana, potem wykręciłam głowę, by spojrzeć do góry. Głowa blondynka, o nieco zawstydzonym wyrazie twarzy, wychylała się zza krawędzi dachu.

     − Chcieliśmy podziękować i przeprosić. Chłopaki mówią, że jeśli byśmy mogli coś dla pani zrobić… − przyglądałam mu się zdumiona, i co by nie mówić, przyjemnie zaskoczona ich reakcją. – Pomalujemy pani łazienkę albo…

     − Nie ma o czym mówić, a malowanie miałam w zeszłym roku. – Pomacałam paczkę z papierosami. Na widok jego zawiedzionej miny, dorzuciłam: – Ale wiesz co, kupiłbyś mi fajki, przy okazji, jak będziecie szli do sklepu. Kończą się, a nie chce mi się wychodzić.

     − Jasne! A jakie pani pali?

     − Mentolowe… − Głowa blondynka zniknęła, nim zdążyłam podać markę.

     Dokończyłam drinka, zastanawiając się leniwie, czy chce mi się iść po następnego, kiedy coś błysnęło mi po oczach. Zerknęłam w stronę okien sąsiedniego bloku, oddalonego o kilkadziesiąt metrów, i w jednej sekundzie poczułam, jak cały mój błogostan staje się wspomnieniem.

     Nad parapetem otwartego okna na ostatnim piętrze ujrzałam twarz zołzy, która robi maślane oczy do Rafała. W dodatku obserwowała mnie przez lornetkę!

     Zgrzytnęłam zębami, ledwie opanowując chęć pokazania jej środkowego palca. No jasne, pierwsza plotkara liczy, że dostarczę jej materiału na obszczekiwanie!

     Czułam, że dobry nastrój szlak trafił, więc uniosłam się i poszłam do kuchni, zabierając pustą szklankę. Przygotowałam drinka, bez zwracania szczególnej uwagi na proporcje. Następnie ściągniętą z kanapy narzutę przewiesiłam przez balkonową barierkę, odcinając zołzie upragnione widoki. Kup sobie teleskop, i tak gówno zobaczysz!

     Pociągnęłam ze szklani, wyobrażając sobie jej minę. Pewnie żałuje, że nie ma w oczach rentgena. Napiłam się jeszcze i zachichotałam, bo coś mi wpadło do głowy. Czekaj ropucho, zaraz pożałujesz jeszcze bardziej.

     Skryta za narzutą, pręciutko rozwiązałam tasiemki góry od bikini i położyłam na barierce. To samo uczyniłam z dołem, wyciągnęłam się na plecach na swoim mięciutkim materacu. Zołzę pewnie zatkało z wrażenia, a ja się przynajmniej równiutko opalę.

     Uspokoiłam się całkiem, przez wpółprzymknięte powieki obserwowałam kojący błękit nieba i krążące wysoko jaskółki. Zza krawędzi dachu zaczęła wyłaniać się jasna chmurka…

     Blondynek zapewne chciał coś powiedzieć, lecz zastygł z szeroko otwartymi ustami i oczami.

     Zamknęłam powieki, zbyt zaskoczona, by jakoś rozsądnie zareagować. O losie, zupełnie zapomniałam, że miał mi przynieść fajki! No nie jęcz, jest dorosły. Albo prawie dorosły… I ta jego mina, jakby ujrzał wprost nieziemskie zjawisko… Odemknęłam odrobinę powieki. Jest ciągle. I całkiem mu z tym rumieńcem do twarzy… Elka, opanuj się! Bądź rozsądna!

     Posłuchałam głosu rozsądku i przekręciłam się na brzuch. Mało nie parsknęłam głośnym śmiechem, słysząc z góry westchnienie… Nie mogłam rozstrzygnąć, czy było to westchnienie żalu, czy podziwu. Przecież nie zapytam…

     Po chwili, która wydała mi się odpowiednio długa, by nie wyglądało to na ucieczkę, zsunęłam się z materaca i weszłam do mieszkania. Minął dobry kwadrans, nim blondynek zapukał do drzwi z przyniesionymi fajkami. Na widok jego rumieńca o mało nie poprosiłam, żeby codziennie kupował mi papierosy…

     Następnego dnia zdjęłam narzutę z barierki, żeby mnie nie kusiło znów zagrać zołzie na nosie. I sama poszłam po fajki. Wracając, zauważyłam na ławce dziewczynę. Znałam ją z widzenia, raczej cicha i skromna, nie włóczyła się wieczorami w podejrzanym towarzystwie. A teraz przypominała sto nieszczęść, wielki siniak po lewej stronie twarzy nie wyglądał jakby walnęła się o drzwi lodówki. Usiadłam obok i odpieczętowałam paczkę fajek.

      − Zapalisz?

     Drgnęła spłoszona, skuliła się, ale gdy nic się nie działo, przekręciła głowę w moją stronę. Niepewnym gestem przyjęła papierosa. Zaciągała się płytko raz za razem. Nigdy nie widziałam, żeby paliła.

     − Chłopak…? – spytałam, mówiąc jakby do siebie.

     Potrząsnęła głową w sposób mogący wyrażać zarówno potwierdzenie jak i zaprzeczenie. Nie ponaglałam jej. Zaczęła mówić przy drugim papierosie.

     Chciała zrobić sobie tatuaż, to teraz takie modne. Nic wielkiego, tylko różyczkę na łopatce, ale rodzice się nie zgadzali, powiedzieli, że dopiero, jak zda maturę. No i zdała miesiąc temu, z wynikami w kieszeni pobiegła prosto do studia tatuaży. Wszystko odbyło się prędko i bezboleśnie, dostała znieczulenie, przysnęła na moment na kozetce, kiedy się ocknęła, było po sprawie. Facet z kolczykami w policzkach pokazał jej rachunek i coś jeszcze… Jej zdjęcia, w różnych pozycjach na kozetce, na których… Nie pamiętała, kiedy to się stało… musiał jej dać narkotyk. Powiedział, że odzyskanie ich będzie kosztować dziesięć tysięcy albo trafią do internetu. A jeśli nie zdobędzie pieniędzy, ma przyjść na kolejną sesję… Próbowała błagać, uderzył ją i wyrzucił z zakładu…

     − Gdzie mieści się to studio?

     Podała adres.

     − Idź do domu, przyłóż sobie kompres i zapomnij o wszystkim. On nic ci nie zrobi, obiecuję.

     − Pani nie…

    − Jestem z policji! – skłamałam. – Ale nie martw się, nie będzie dochodzenia, pogadam sobie z nim prywatnie.

     Przyglądała mi się szeroko otwartymi oczami, na których dnie czaiła się nadzieja. Nie mogłam jej zwieść.

     Moi malarze zrobili sobie akurat przerwę, siedzieli na schodach, paląc i dyskutując na jakieś męskie tematy. Na widok dyskretnie pochowanych w reklamówkach browarów usiadłam obok.

     − Macie więcej? – zagadnęłam jakby to była najnaturalniejsza na świecie rzecz.

     − Dla pani się znajdzie!

     Piwo było zimne i cierpkie. Tego potrzebowałam.

     − Dużo roboty na dzisiaj?

     − E nie, nadgoniliśmy, stary wyjechał, w południe robimy fajrant. Kupi się picia i kiełbasek, potem wio nad jeziorko.

     − I nie zaprosiliście mnie nawet? Ładnie to tak?!

    − Panią…? – Popatrzyli na siebie, blondynek strzelił raka i zaczął szukać czegoś w reklamówce. – W dostawczaku niewygodnie jechać. Myśleliśmy, że pani to by nie bardzo…

     − Aha, za stara jestem, jasne!

     − Nie, skąd! Przy pani to małolaty się chowają! – zaprzeczali z zapałem. – Tylko śmiałości nie mieliśmy…

     − No to jesteśmy umówieni. W południe − puściłam oko i wstałam. – Ale najpierw gdzieś zajedziemy, niczemu się nie dziwcie, muszę coś załatwić i przydacie mi się. Wyjaśnię po drodze, o co kaman. Dobra?

     − Z panią to nawet na mokrą robotę!

     Pokręciłam się trochę po mieszkaniu, nie bardzo wiedząc, co zrobić z czasem. Zołza warowała przy oknie, nie pozostawiając mi wyboru…

     Moi znajomi fachowcy pracowali piętro niżej. Znalazłam w szufladzie kuchennej starą kłódkę, wyszłam z mieszkania, wspięłam się po drabince do wyjścia na dach i zamknęłam je definitywnie.

     Zakryłam balkonową barierkę narzutą i z rozkoszą wyciągnęłam się na materacu. Tym razem nie zdejmowałam bikini. Bo, mówiąc prawdę, nie było, czego zdejmować... Słoneczko przypiekało plecy. Przymknęłam powieki…

     − Proszę pani… − przez szum drzew usłyszałam znajomy głos. – Skończyliśmy wcześniej, możemy jechać.

     Rany, ale pasztet. Przecież kłódka…

     − Co…? – wymamrotałam sennie. Przeciągnęłam się i obróciłam na plecy. – Ach, to ty. Zaraz schodzę…

     Nagle krzyknęłam panicznie, jakbym dopiero teraz zorientowała się w sytuacji, zakryłam dłonią łono i usiadłam na materacu. Blondynek cofnął głowę. Po chwili ujrzałam jasną grzywkę wysuwającą się ostrożnie zza krawędzi dachu. Udałam, że tego nie widzę zajęta zbieraniem fajek i reszty szpargałów. Cóż, trzeba dbać o reputację.

 

     Wielki szyld studia tatuażu kłuł w oczy. Witrynę zamalowano w kolorowe wzory, by przechodnie nie mogli zaglądać do środka. Wysiadłam z furgonetki i pchnęłam drzwi, nad głową zabrzęczał dzwonek. Przesunęłam zasuwkę pod klamką, wywieszkę z napisem „Nieczynne” odwróciłam do zewnątrz. Wykolczykowany młody mężczyzna wyszedł z zaplecza i otaksował mnie pytającym spojrzeniem.

     − Chciałabym zrobić sobie tatuaż zmywalny. Robicie coś takiego?

     − Oczywiście. Własny wzór, czy wybierze pani coś z katalogu?

    − To – dotknęłam palcem jednego z mnóstwa obrazków na ścianie przedstawiającego nietoperza z rozpostartymi skrzydłami.

     − W jakim miejscu? – Skinął z uznaniem głową, gdy musnęłam dłonią pośladek. – Naturalnie. Proszę się… przygotować. Tam, za parawanem.

     Schowałam się za przepierzeniem z trzciny ozdobionym japońskimi malowidłami. Letnią sukienkę położyłam na niskiej ławie, zsunęłam pantofle. Zdjęłam bikini i spojrzałam na zegarek.

     Zostało dwadzieścia minut.

     Wyszłam nago za parawanu. Na mój widok nabrał głęboko powietrza, spojrzał w kierunku drzwi, ale nic nie powiedział. Wskazał kozetkę i zaczął układać na stoliku obok jakieś drobiazgi. Widziałam, że obserwuje mnie kątem oka. Przeszłam się spokojnym krokiem po pomieszczeniu, podziwiając rysunki na ścianach i położyłam się. Na stoliku, między buteleczkami z tuszem leżał aparat cyfrowy. Zerknęłam na zegarek.

     Piętnaście minut.

     Kazał mi się rozluźnić i przystąpił do zabiegu. Delikatne muśnięcia na skórze odczuwałam niemal jak pieszczotę. Starałam sobie wyobrazić powstający rysunek. To było całkiem przyjemne, pomyślałam, że trzeba będzie postarać się o prawdziwy tatuaż. Może w tym samym miejscu…

     − Gotowe, ale proszę jeszcze nie wstawać, farba musi wyschnąć.

     Usłyszałam oddalające się kroki, chwila ciszy, kroki dobiegły z innego miejsca. Obróciłam lekko głowę. Na stoliku nie było aparatu.

     Pięć minut.

     Podniosłam się i podeszłam do wysokiego lustra. Stanęłam tyłem, przez ramię przyjrzałam się nietoperzowi na pośladku.

     − Piękny.

     Jeszcze przez moment podziwiałam rysunek.

     − Powinnam chyba skusić się na prawdziwy tatuaż. – Zaczęłam zbliżać się do mężczyzny.      – Jak pan sądzi?

     − Wspaniale się prezentuje na pani ciele...

     − Ile jestem winna? – Byłam coraz bliżej. Naga i całkowicie bezbronna. Oblizałam usta końcem języka. – A może zapłacę inaczej…?

     Powędrował wzrokiem wzdłuż mojej sylwetki, zatrzymując spojrzenie poniżej linii bioder. Otwierał usta, kiedy z całej siły wyrżnęłam go kolanem w krocze. Padł jak wór kartofli, bezskutecznie starając się złapać oddech.

     Minuta.

     Obróciłam się na pięcie. Do parawanu miałam jeszcze trzy kroki, kiedy witryna zakładu rozleciała się z potwornym brzękiem. Ubranie się zajęło mi pół minuty. Podeszłam do skulonego ciągle na podłodze mężczyzny. Furgonetka moich przyjaciół wycofywała się z chrzęstem. Kucnęłam i wyjęłam mu z kieszeni aparat.

     − Słuchaj gnoju. Zamkniesz natychmiast ten szemrany interes i zniszczysz zdjęcia, które robiłeś klientom! Albo znów cię odwiedzę, ale wtedy pożałujesz, że się urodziłeś! Rozumiesz?

     Ciągle nie był w stanie mówić, ale wyraz jego twarzy świadczył, że rozumie doskonale.

Wybiegłam z zakładu przez rozbitą szybę, wskoczyłam do furgonetki i ruszyliśmy z piskiem opon.

     Chłopaki nie zadawali zbędnych pytań, jedynie patrzyli na mnie z podziwem. A ja powoli dochodziłam do siebie. Akcja była ryzykowna, bo jako prywatny detektyw mogłam słono zapłacić za samodzielne wymierzanie sprawiedliwości, ale nie żałowałam. I było pewne, że cholerny tatuażysta nie będzie zbyt rozmowny jeśli gliny zainteresują się wypadkiem. Bo miałam jego aparat.

     Nie jechaliśmy długo. Znałam skrót nad jezioro, mało uczęszczany w dodatku, więc na miejscu nie zastaliśmy żadnego towarzystwa. Upał panował nieziemski. Chłopaki wypakowali sprzęt do grilla i zapasy. Przy drugim browarze, któryś rzucił hasło do kąpieli.

     Napiłam się i, niewiele myśląc, rąbnęłam:

     − Kto ostatni w wodzie, ten zmywa! Jak powiem trzy.

     Poderwali się i patrzyli wyczekująco. Fakt, że zupełnie nie będzie, czego zmywać dotarł chyba tylko do mnie. Dorzuciłam dla zgrywy:

     − Ale na golasa! – Popatrzyli na siebie, potem na mnie. Parsknęłam śmiechem na widok ich min. − Raz, dwa, trzy!

     Blondynek zrzucił gatki pierwszy, reszta dała wyprzedzić się najwyżej o sekundę i pognali do jeziora. Zastygłam osłupiała z uniesionym do ust browarem. O losie, chyba po tym, co zaszło miałam u nich nieziemski posłuch! Trzeba to było wziąć pod uwagę, zanim otworzyłam usta. Chociaż, w zasadzie… widok był całkiem interesujący. No i przyjemnie pomyśleć, że skoczą za mną w ogień.

     Zdusiłam myśl, że skoro oni się odważyli dla mnie na tyle przedtem i teraz, to i ja mogłabym… Nie, ktoś musi pilnować towarzystwa i najwyraźniej mi przypadła ta rola.

     Machali do mnie z jeziora. Dopiłam piwo, poprawiłam bikini, żeby idealnie leżało. Sprawdziłam, czy tasiemki są dobrze zawiązane i pobiegłam do brzegu. Gdy woda sięgała mi pośladków, zerknęłam przez ramię na nietoperza, który za chwilę zostanie zmyty i rzuciłam się w toń. Moi znajomi byli już na środku jeziora, podpłynęłam do nich. Chcąc się popisać, urządzili sobie wyścigi do brzegu. Poszłam w ich ślady, wychodzili z wody, kiedy poczułam grunt pod nogami. Stanęłam i poczułam coś jeszcze… Od dłuższej chwili wydawało mi się, że coś dziwnego dzieje się z bikini. Góra była już strzępem podobnym do resztek wodorostów, dół podobnie. Obok pływała metka wielkości znaczka pocztowego. Złowiłam ją w dłoń i przeczytałam: Kostium kąpielowy rozpuszczalny w wodzie. Sklep „ŁADNY PSIKUS”.

     Rafał!!! To dlatego chciał, żebym pierwszy raz wykąpała się przy nim!

     Popatrzyłam w kierunku porzuconej na trawie sukienki. Dobre sto metrów do przejścia na  golasa… Może jakoś przemknę? Gdzie tam, patrzą w moim kierunku... Zamknęłam oczy, policzyłam w myślach do dziesięciu. Potem spłukałam nieszczęsne resztki bikini i wyszłam z jeziora, modląc się, żeby chłopaki pozwolili mi dotrzeć do ciucha, nie komentując otwarcie mojego wyglądu. Nie komentowali. Może dlatego, że sami nie zdążyli się ubrać. A może z innych powodów…

     Miałam już sukienkę w ręku, kiedy usłyszałam z tyłu westchnienie:

     − Pani jest fantastyczna!

     Zgodny pomruk świadczył, że wszyscy podzielają tę opinię. Rzuciłam szmatkę na ziemię , odwróciłam się i zacząłam poprawiać mokre włosy.

     − Kto poda mi browara?

     Kiedy biegli w moim kierunku, pomyślałam że muszę odszukać ten sklep i kupić takie samo bikini.

     A najlepiej dwa…

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Hazard bywa zgubny

sobota, 19 listopada 2011 14:39
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Jeszcze bardziej przesolony diabeł

niedziela, 13 listopada 2011 21:52
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

O bikini i zegarach słonecznych

sobota, 12 listopada 2011 8:31
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Przesolony diabeł

czwartek, 10 listopada 2011 19:59
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Historia z pociągu

niedziela, 06 listopada 2011 18:33
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Aktoreczka i świerszcze

niedziela, 06 listopada 2011 8:24
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Kolacja przy świecach

poniedziałek, 31 października 2011 10:20
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Kufer

sobota, 22 października 2011 12:13
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Aktoreczka

niedziela, 11 września 2011 15:31
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 22 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  26 816  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Jacek Skowroński i Kasia Szewczyk o literaturze, naturze, nałogach, skłonnościach, miłościach i zawiłościach.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 26816
Wpisy
  • liczba: 15
  • komentarze: 150
Galerie
  • liczba zdjęć: 4
  • komentarze: 4
Punkty konkursowe: 75
Bloog istnieje od: 2455 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl